Żyliśmy w dobrobycie, nadmiarze przyjemności i upragnionych marzeń. Przyszedł jednak czas na spłatę stworzonej przez nas fikcji. Przyszłość okazała się niepewną a ryzykanctwo zaowocowało kryzysem gospodarczym.
Miarka się przebrała! Wszyscy żyliśmy na wirtualnym pieniądzu, udzielając naszemu małemu światu kredytu nadmiernego zaufania. Sądziliśmy, że nic nie jest w stanie zatrzymać rozpędzonego pociągu. Niestety, przyszedł czas spłacania „pożyczek”, a każdy finansista wie, że spłacanie wymaga oszczędzania.
Akcja, reakcja. Marchewka i kij.
Obecny kryzys był do przewidzenia, kwestią rozważań było jedynie zapytanie, kiedy on właściwie nastąpi. Niektórzy nie byli w stanie z miejsca spłacać długów, więc i banki poprosiły o pomoc firmy windykacyjne Łódź sukcesu gospodarczego zatonęła na skutek paniki o treści: „jesteśmy niewypłacalni w tym momencie”.
Banki naciskały. Plany finansowe na kolejne lata stawały się fikcją literacką. Jedni drugich pociągali na samo gospodarcze dno. Na skutek oszczędności obywatele zaczęli tracić pracę. Niczym lawina górska kryzys zaczął przyspieszać. Nagle firmy straciły nabywców na swoje produkty. Nikt bowiem nie chciał „kupować” – albo nie miał „za co”, albo wolał przygotować się na jeszcze gorsze czasy.

Obecnie, media donoszą o coraz to uboższej Polsce. Expose premiera było przemówieniem idealnym na pogrzeb babci. Obywatele obdarci zostali ze wszelkiej nadziei a ja osobiście czekam na czasy, w których wrócimy do hodowania kur i warzyw.
Czasy ryzykanctwa, której synonimem jest giełda, doprowadziły nas do ery „braku zaufania”, w których nie wierzymy piekarzowi, że chleb naprawdę może być tak drogi. Optymizm przepadł wraz z drugą dekadą XXI wieku. Zastąpiła go zwykła ludzka wrogość.
I jeśli kiedykolwiek powrócimy do ery mlekiem i miodem płynącej, pamiętajmy, że „ życie na kredyt” funduje naszym dzieciom czasy, o których historia chciałaby zapomnieć.
